Moja hiszpańska przygoda cz.III

Minęłyśmy kasyno i mieniącą się złotem rzeźbę wieloryba, aż trafiłyśmy do Portu Vell, gdzie znajduje się m.in. oceanarium z kilkunastoma zbiornikami, umożliwiającymi podziwianie rekinów, płaszczek i pingwinów. W porcie mieści się też Muzeum Morskie z modelami statków, karawel, żaglowców i sprzętów żeglarskich: map, dzienników czy galionów, czyli figur z dziobów statków.

To jest też doskonałe miejsce do spacerowania. Można usiąść na molo de Barcelonetta, które podnosi się w razie konieczności wypłynięcia jachtów na pełne morze. Molo to dobry punkt obserwacyjny, widać stąd kolumnę Kolumba i kolejkę linową wjeżdżającą na wzgórze Montujic z dawną twierdzą pamiętającą czasy dyktatury Franco. Na wodzie kołyszą się białe boje w kształcie ludzi spoglądających w niebo, słychać skrzek rybitw i czasem też papug, które skrywają się wśród palm. Można przyglądać się przepływającym jachtom oraz dopingować wioślarzy ćwiczących w portowym kanale. Jak zgłodniejemy udamy się do centrum handlowego Maremagnum zlokalizowanego opodal oceanarium.

DSC08260

Z portu dochodzimy do metra, które było najczęściej używanym przez nas środkiem transportu. Stacje nie są najnowsze i jest w nich strasznie duszno. Bramki z dużymi szybami, które sprawiają wrażenie jakby miały cię przeciąć na pół, mroziły moją krew za każdym razem, kiedy przez nie przechodziłam. Także zbyt wąskie perony nie przypadły mi do gustu. Natomiast ogromny zachwyt wzbudził mega duży automat ze słodyczami i napojami. Na jednej ze stacji na peronie widziałam nawet sklep i bar, co u nas jest raczej nie do pomyślenia. Sympatyczni byli grajkowie siedzący w przejściach, do niektórych dołączali się nawet przechodnie i wspólnie śpiewali.

DSC07984

Metrem dojechałyśmy na placa Espana, aby móc obejrzeć fontanny także w dzień. To miejsce jest pełne ludzi o każdej porze dnia, wciąż się coś dzieje w halach wystawowych. Organizowane są różne venty. Akurat w weekend hale były miejscem zlotu fanów mangi, a to przyciągnęło ogromną rzeszę młodych ludzi, którzy bardzo uzewnętrzniali zamiłowanie do tych komiksów, wcielając się w swoich ulubionych bohaterów. Kolejce po bilety wręcz nie było końca i byłyśmy pod wrażeniem wytrwałości stania w niej. Po dotarciu do Muzeum, ku naszej uciesze zamontowano tu także schody ruchome na otwartej przestrzeni. Może jest to tak popularne, gdyż społeczeństwo hiszpańskie jest jednym ze starzejących się społeczeństw, więc władze wychodzą temu naprzeciw. Hale, fontanna i pałac to kolejne monumentalne budowle stworzone z okazji wystawy światowej jaka odbyła się w Barcelonie w 1929 r. w tym miejscu spędziłyśmy ciut więcej czasu, gdyż przyłączyłyśmy się do tłumu słuchającego występu ulicznego artysty. Pan śpiewał piękne hiszpańskie pieśni przy wtórze gitary. Choć nie mam pojęcia, o czym one były, to bardzo miło słuchałam jego wykonań. Na chwilę wstąpiłyśmy do Muzeum Katalońskiego, gdyż nie planowałyśmy zgłębiać zgromadzonego tu malarstwa. Są one, bowiem udostępnione w Internecie na Google Art. Project jako jedyne w Barcelonie albo nawet w Hiszpanii.

DSC08300

Głównym celem natomiast było dla nas Poble Espanyol, czyli małe miasteczko hiszpańskie, w którym zgromadzono obiekty charakterystyczne dla różnych regionów Hiszpanii: Aragonii, Madrytu, Kantabrii czy Katalonii. Jest to miejsce przybliżające sztukę z całego kraju i ukazujące jego różnorodność. Wszystko na potrzeby wspomnianej wystawy światowej. W niektórych miejscach jednak miasteczko przypomina tekturową zabudowę z westernów. Aż strach dotknąć, bo ma się wrażenie, ze ściana przewróci się niczym z dykty. Ale to tylko złudzenie. W każdym z budyneczków znajdują się sklepiki z regionalnymi przysmakami bądź rzemiosłem. Jest nawet huta szkła i galeria sztuki. Wokół głównego placu ulokowano kawiarnie i restauracje, aby turyści mogli odpłynąć w tym nieco spokojniejszym od reszty miasta miejscu.

DSC08362

Tu jadłyśmy najsmaczniejszy obiad z całego pobytu, nie odmawiając sobie oczywiście sangri przed wyjazdem. Jedynie denerwowało nas, że w wielu sklepach i restauracjach brano nas za Rosjanki i często sprzedawcy rozpoczynali z nami rozmowę po rosyjsku, mimo że nie odezwałyśmy się do nich ani słowem. Nie wiem, czy podsłuchali fragment naszej rozmowy, czy wyglądamy jak obywatelki tego kraju, ale przytrafiło nam się to kilkakrotnie i nie należało do najprzyjemniejszych wrażeń. Innym razem, gdy kelner zapytał skąd jesteśmy, a potem usłyszałyśmy z kuchni, jak dzieli się tą informacją z resztą obsługi, co wywołało u nich salwy śmiechu to nie umiałyśmy ocenić, czy nas tak lubią, czy jednak niekoniecznie.

Hotel, w którym mieszkałyśmy był położony niedaleko metra, chociaż w dalszej dzielnicy od centrum. Tu można było spotkać typowych mieszkańców i porozmawiać niespiesznie np. w sklepie. Przyjaźni byli najbardziej mężczyźni i można było dogadać się po angielsku. W wielu sklepach pracowali azjaci, ale także przedstawiciele innych narodowości: arabowie i murzyni. Odczułyśmy też hiszpańską manianę, ale dopiero na lotnisku. Obsługa znacznie bardziej lajtowo podchodziła do swoich obowiązków niż ich polscy odpowiednicy.

Pozostało nam wziąć na klatę chłodne powietrze, które owiało nas na lotnisku w Warszawie, znieść żart stewarda: ,,życzymy miłego pobytu w Polsce” i zachować wspomnienie ciepłego śródziemnomorskiego klimatu, aby starczyło go na całą zimę. Tylko nadal nie umiem zrozumieć:, czemu Hiszpanie przylatują do nas w listopadzie? Chcą złapać depresję?

Jeśli macie jeszcze ochotę poczytać o Barcelonie to zapraszam do poczytania nieopublikowanych tutaj fragmentów pamiętników:

Babski wypad do Barcelony

Atrakcje Turystyczne Barcelony

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s