Wyprawa do stolicy krecika – Praga

W Pradze do dyspozycji są trzy linie metra: zielona, żółta i czerwona. Łatwo przesiadać się z jednej do drugiej i praktycznie do każdego ciekawego miejsca, godnego zwiedzania, można nimi dojechać. Do wyboru prawie 50 stacji, a każda ma ciekawą aranżację, chociaż u nas jest trochę czyściej. Za to kanarzy przypominają bardziej wojsko tudzież ochroniarzy, którym się nie postawisz. Także sieć tramwajów jest dobrze rozwinięta, można miasto pozwiedzać i w ten sposób – patrząc przez okno, czego metro nie umożliwia. Chyba najczęściej trafialiśmy na linię 22. Do dyspozycji są też żółte taksówki – trochę na wzór amerykańskich, ale zastąpione tańszymi samochodami – oczywiście skodami, których w wersji ,,cywilnej’’ jest naprawdę dużo na ulicach. Pozazdrościć Czechom, że mają swoją markę! Inne środki transportu, jakie możemy sobie wynająć to riksze, segway itp. Turyści zachęcani są także do rejsów statkami po Wełtawie. No ale oczywiście najlepszym rodzajem podróżowania są własne nogi. Miasto nie jest na tyle duże, żeby nie umilić sobie czasu spacerem po klimatycznych uliczkach Małej Strany, Hradczan, czy Starego Miasta.

IMG_4008

Oczarowani, wręcz zahipnotyzowani powlekliśmy się do hotelu. Zameldowaliśmy się i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Pokoje trafiły nam się bardzo nowoczesne, duże, a najfajniejsza była kuchnia. Spożyliśmy trochę polskiego trunku, który został nam z pociągu, tak na lepszy sen, a było, o czym śnić!

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od odwiedzenia audytorium muzycznego – Rudolfinium przy moście Manesuv. Po małej sesji fotograficznej (oczywiście z Praskim Zamkiem w tle) udaliśmy się zwiedzić żydowską dzielnicę JOSEFOV. Dla mnie było to szczególne przeżycie, bowiem nigdy nie była do tej pory w synagodze. Najbardziej podobały mi się zdobienia Hiszpańskiej synagogi. W tej części miast było ich naprawdę sporo. A na ratuszu zegar, którego wskazówki poruszały się w przeciwnym kierunku niż tradycyjnie. Obok żydowskich synagog znajduje się ulica Paryska z takimi luksusowymi butikami jak Armani, Gucii, D&G itp. W witrynie jednego ze sklepów widzieliśmy biżuterię za ponad 200 tysięcy złotych. A wszystkie sklepy mieściły się w przepięknych kamienicach, z których każda niepowtarzalna i niepodobna do sąsiedniej. Znów na usta cisnęło nam się słowo: superancko!

Ale szkoda czasu na przyglądanie się wystawom. Kolejnym punktem do zaliczenia był Metronom. Postawiony w miejsce pomnika Stalina. Do tego miejsca należało dostać się po pokonaniu kilkuset schodów. Widok z tego wzgórza był iście imponujący. Widać było doskonale prawobrzeżną Pragę. Naszą uwagę przykuły wiszące wysoko na sznurze buty. Nawet jeden Czech zawiesił przy nas swoją parę. Początkowo przypisywaliśmy temu jakieś symboliczne znaczenie, ale jak potem wyjaśnił nam wujek Google – ludzie robią tak na całym świecie, żeby po prostu przykuć uwagę.

Po Metronomie pojechaliśmy na targ, gdzie nabyliśmy klika pamiątek dla naszych najbliższych. Mnie najbardziej spodobał się pluszowy krecik – idealnie pasuje do … czeskiego samochodu moich rodziców. Niestety wkrótce zaczęło padać, dlatego schowaliśmy się w Cipu – restauracji położonej trochę na uboczu, ale na tyle dobre było tu jedzenie, że następnego dnia wróciliśmy tu ochoczo po więcej. Skosztowałam sławnego smażonego syra i oczywiście do tego czeskie piwo – bardzo miło zagościły w moim brzuszku.

DSC00859

Posileni dobrą strawą pojechaliśmy metrem na Plac Karola. Już zaczęło sporo padać, więc uciekliśmy do kościoła św. Ignacego. To było kolejne miejsce w Pradze, które przypadło mi do gustu. W kościele było bardzo cicho, wręcz mistycznie, a lekki półmrok sprzyjał kontemplacjom. Utrzymany w stylu barokowym, pięknie zachowane rzeźby i obrazy z pewnością oczarowały niejednego turystę. Mały obchód wokół głównej nawy i kierujemy się do wyjścia. Pod drodze minęliśmy Tańczący Dom, czyli nowoczesny budynek, zaprojektowany w ten sposób, ze przypomina tańczącą parę, z jednej strony to podobno Ginger Rogers, a z drugiej Fred Aster.

Co tu robić, jak tak pada? Oczywiście na zakupy do … Tesco. Buszujący między półkami dorwali piwo w okazyjnej cenie ok. 2 złotych, czekoladę studencką o 20 koron tańszą niż przy rynku, Letinki i trochę składników na kolację. Kolejnym odkryciem był alkohol z marihuaną. Grzecznie stał sobie na półce pośród innych wódek i absyntów. Co nas tu jeszcze zaskoczy?

O sklepie z piernikami, martwym koniu i festiwalu marihuany poczytasz tu:

Mój czeski sen

Koniec z lizaniem tortu przez szybę

DSC00704

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s