One day in Glasgow – wstęp do szkockiej przygody

Moim docelowym miastem podczas odwiedzin w Szkocji był Edynburg, jednak pierwszy dzień spędziłam w Glasgow, gdyż lotów bezpośrednich z Warszawy do Edynburga nie ma, ale dzięki temu miałam możliwość zobaczyć inne oblicze Szkocji niż to edynburskie. Już z samolotu mi się podobało. Przelatywaliśmy ponad polami małych domków szeregowej zabudowy. Gdzieniegdzie tylko wystają wysokie budynki, coś jak nasze ursynowskie w Warszawie, ale tu wydają się przeogromne kontrastując z niskimi domami. W moim mieście są na porządku dziennym, pokolorowane na wszystkie odcienie tęczy, tu zaś sukcesywnie się je rozbiera i detonuje robiąc miejsce na niższe budynki. W oczy wrzucają się też pola z białymi wiatrakami produkującymi prąd. A jest co zbierać, bo wieje tu naprawdę porywiście, aż dziwię się angielkom, jak umieją poskromić nieład na głowie. Mi wydawało się bezsensownym czesać w ogóle i tak po kilku minutach na powietrzu to coś na mojej głowie nie przypominało pierwotnej fryzury zrobionej przed wyjściem.

DSC09219

W Szkocji  nie ma poszatkowanych działeczek zasianych czym tylko się da. Są tu głównie zielone pastwiska, na których pasą się owce. Z lotu ptaka jednak trudno jest je dostrzec, ale za to później będę mieć okazję bliżej im się przyjrzeć.

Wpierw na nowej ziemi wita mnie Scotland police. Nie jest to przyjacielskie powitanie, ale kontrolę celną sprawnie przechodzę bez żadnych pytań. Dobrze, bo szkocki akcent bywa mylący, o czym później. Co mnie zaskoczyło przed podróżą do UK, że nie jest to państwo będące w strefie Schengen, ale za to stowarzyszone, więc podróż na dowód jest nadal możliwa.

Lotnisko w Glasgow otwierała w latach 60 XX wieku sama królowa Elżbieta. Może dzięki temu wciąż korytarze wyłożone są dywanami. Nie jest to jakiś czerwony czy perski dywan, jak dla gwiazdy z pierwszych stron gazet, ale jak wchodzi się na terminal wprost z płyty lotniska, to można się dzięki tym wykładzinom poczuć trochę po domowemu.  I tak docieram po walizkę a potem do sali przylotów, skąd zgarnia mnie moja soul-sister. Serdeczne uściski po tak długiej rozłące trwają prawie wieki, ale to wzruszający moment, którego nikt z innych podróżnych nie jest w stanie nam skraść.

Z lotniska do centrum jest około półgodziny jazdy autobusem, na który bilet normalny kosztuje 6,55 funta. Jazda po obwodnicy jest wygodna, a trasa wpływa bezkolizyjnym tunelem do miasta. Stolica Szkocji, w samym mieście mieszka około pół miliona ludzi, ale aglomeracja rozpostarta w promieniu 15 mil, to już ponad 2 milony mieszkańców.

Odwiedziliśmy przyjaciela mojej przyjaciółki, który pokazał nam miasto. A wiadomo przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, więc koniec końców trafiliśmy do niego do domu, spożyć lokalnych specjałów, czyli whiskey. Selekcja była wysublimowana od delikatnej pachnącej owocami po tradycyjną lekko dymną w smaku. Miałam okazję skosztować jednych z najlepszych odmian, chociaż nazw nie pamiętam i to nie za sprawą ilości.

Pierwsze kroki kierujemy do jednego z licznych bistro w suterenie. Nie są to obskurne piwniczki z wąskimi oknami, gdzie śmierdzi stęchlizną, jakie kojarzą mi się z wczesnym dzieciństwem na Mokotowie. Tu każdy lokal ma duże okna i małe schody prowadzące doń, co nadaje mu klimatycznego, oldskulowego charakteru. Posileni zupą, której składników oprócz pietruszki nie umiałam rozpoznać, podobnie jak zrozumieć szkockiej gwary pani sprzedawczyni, ruszamy dalej wśród ulic, którymi przejeżdżają czarne typowe na wyspach taksówki. Nie są to stare egzemplarze, a jedynie repliki wzorowane stylistyką na pierwowzorach. Przechodzimy koło kościołów wystawionych na sprzedaż, co bardzo mnie zadziwia, a będąc później w Edynburgu przekonam się nie raz, na co Brytyjczycy potrafią je przerobić. Dla przykładu są wykorzystywane jako sale wystawowe czy na różne ewenty, a wyposażenie niegdysiejszych kościołów można znaleźć potem …w muzeum.

 

Tu wysublimowanym zwyczajem jest też zakup parków miejskich w celach prywatnych. O tym fakcie informują tabliczki, a parki są ogrodzone i zamknięte na cztery spusty.

Okres wiosenny to dobry czas na spacery i fotografowanie parków. Można na przykład natrafić na okazałe azalie, czy piękne drzewa wiśni pokryte różowym kwieciem. Jest ich tu całkiem sporo. Można by pokusić się zorganizowanie czegoś na wzór japońskiego święta hanami, podczas którego oczekuje się z zapartym tchem, aż zakwitną na wyspach wiśnie. w końcu Wielka Brytania też wyspiarskim krajem jest!

Chociaż przez miasto przepływa tylko jedna rzeka – Clyde, to płynie wieloma meandrami i można natknąć się na sporą ilość mostów i mostków.

Sporo czasu spędziliśmy w Muzeum Kelvingrove, które jest uznawane za najstarsze muzeum w Szkocji a przy tym posiada też jedne z największych zbiorów sztuki w Europie. Charakterystyczny budynek z czerwonego piaskowca nawiązuje stylem do hiszpańskiego baroku i jest sam w sobie ciekawym elementem przestrzeni. Wstęp bezpłatny, a w pobliżu można wynająć rower na podobnych zasadach, co w Warszawie. Naszą uwagę przykuły najbardziej zwierzęta, w największej sali na parterze. Ku mojemu zdumieniu wszystkie są autentyczne i szkoda było mi patrzeć na niektóre zwierzęta, które stały się obiektem muzealnym. Zbiory obejmują zwierzęta z różnych kontynentów i niektóre są naprawdę bardzo okazałych rozmiarów. Ich wypchanie musiało stanowić nie lada wyzwanie.

 

 

Reklamy

One thought on “One day in Glasgow – wstęp do szkockiej przygody

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s