Podróż pachnąca piernikami

Zauroczona fragmentami Torunia widzianymi w serialu o pracy lekarzy na jednej ze stacji telewizyjnych oraz zdjęciami przywiezionymi z wycieczki przez moją przyjaciółkę i jej męża postanowiłam udać się do tego miasta na jeden dzień. A jaki najlepszy termin ku temu jak nie weekend majowy? Pogoda miała skłaniać do długich spacerów i fotografowania perełek architektury tego jednego z najstarszych miast Polski a na pewno pojezierza mazurskiego.

Pierwsze skojarzenie jakie przychodziło mi do tej pory z Toruniem to oczywiście pierniki i …Radio Maryja. A przecież przez wieki miasto to było jednym z głównych ośrodków protestanckich. Obecnie w okolicach Starego i Nowego Rynku można natknąć się na naprawdę sporą ilość kościołów katolickich, jak na tak dość niewielką powierzchnię.

Toruń – jedno z polskich miast wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO – przywitał nas spokojem i lekkim chłodem. No fakt pogoda nie należała do tych najbardziej wymarzonych na wycieczki, ale skoro nie padało, to nie było większych powodów do zmartwień. Było grubo przed południem, a nawet większość muzeów, czy sklepów jak przystało na weekend było pozamykane, tak więc udałyśmy się na rynek i w jego okolice, aby sfotografować to, co znalazłyśmy ciekawego w przewodnikach, póki rzesza turystów nie będzie dostawać się nam w obiektyw.

Jednym z rzucających się w oczy zabytków ( a jest ich ponad osiemset na niespełna 53 ha!) jest kościół NMP. Ogromny wręcz monumentalny a przy tym srogi i zachowany jakby prawie nic nie zmieniło się w nim od czasów XIV wieku. Może wpadniemy przypadkiem na jakiegoś mnicha?

Kościół NMP zwany też mariackim można określić takimi przymiotnikami jak: monumentalny, gładki, surowy, a przez to piękny, mistyczny, skłaniający do głębokiej zadumy i modlitwy. Czego nie było w przewodniku ( albo ominęłam ten fragment) to posągi śpiących rycerzy, a raczej swoiste ich grobowce. Pierwszy raz widziałam coś podobnego i to wywołało dość przerażające wrażenie, jakby za chwilę mieli się obudzić i stanąć do walki.

Kościół znany jest także z mauzoleum królewny Anny Wazówny, którego niestety nie udało mi się odnaleźć mimo że poczyniłam w tym celu dość duży wysiłek, zaglądając w różne zaułki i zakamarki. Obstawiam, że znajduje się gdzieś w okolicach ołtarza, a tam nie miałam odwagi podchodzić w stroju niezbyt uroczystym, bardziej zbliżającym mnie wyglądem do japońskiego turysty niż pielgrzyma.

Osobiście nie lubię pełnych przepychu kościołów, chociaż oczywiście pięknie się patrzy na ociekające złotem rzeźby, czy obrazy, ale jak chcę się pomodlić to wolę ascetyczne wnętrza, dlatego kościół NMP przypadł mi do gustu.

Stąd już rzut beretem na rynek. A wokół niego znane z różnych wydarzeń historycznych kamienice: Hotel Trzy korony, gdzie m.in. zawarto traktat toruński albo Kamienica pod Orłem, gdzie znajduje się najstarsza z toruńskich aptek. Idąc piernikową aleją gwiazd mijamy Dwór Artusa, który swoją popularność zdobył dzięki średniowiecznemu bractwu artusowemu wzorowanemu na legendzie o rycerzach króla Artura, a obecnie jest to siedziba centrum kultury i sklep z piernikami, do których jeszcze nie raz nawiążę.

Inną ciekawostką jest Kamienica pod Turkiem. Tutaj niegdyś, gdy Toruń pełnił ważną rolę jako ośrodek handlowy (dzięki położeniu nad rzeką możliwy był handel zbożem) odbywały się rytualne chrzciny flisaków. W swoich pamiętnikach pisał o tym Jan Chryzostom Pasek. Każdy młody flisak musiał napić się wina z wielkiej beczki, na której siedział Bachus a następnie pocałować go w paluch prawej stopy.

Perełką architektury jest Kamienica pod Gwiazdą, gdzie mieści się Muzeum Dalekiego Wschodu. Kamienica ta jest jedną z najbardziej reprezentacyjnych barokowych kamienic mieszczańskich.

Jak Toruń, to oczywiście Mikołaj Kopernik! Jego pomnik znajdujący się nieopodal Ratusza Staromiejskiego nie należy jednak do imponujących. Znacznie ładniejszy mamy my warszawianie na Krakowskim Przedmieściu.

We wspomnianym Ratuszu znajduje się Muzeum Okręgowe, które w swoich zbiorach posiada średniowieczne witraże, galerię portretów królów polskich, złotnictwa i biżuterii. Lecz tajników tego miejsca nie zgłębiłyśmy, jako że z historią jesteśmy trochę na bakier. Ale z faktów historycznych zapamiętałam, że w Toruniu wydrukowano po raz pierwszy w Polsce legalnie ,,Pana Tadeusza”!

Dla wprawnego oka nie stanowi trudnego wyzwania odnalezieni herbu miasta na Ratuszu, którego głównym elementem jest anioł otaczający swoimi ramionami mury miasta. Według legendy w 1500 roku ( w tym samym roku powstał też w Toruniu pierwszy stały most na Wiśle) mieszkańcy Torunia przewidywali koniec świata i odlali wielki dzwon zwany Tubą Dei na chwałę Boga, który wzruszony ich postawą zesłał anioła, aby chronić miasto.

Osobliwym pomnikiem jest też latarnia z psem Filusiem, która stanowi hołd rysownikowi Zbigniewowi Lengrenowi, autora serii rysunkowej z Profesorem Filutkiem publikowanej w Przekroju. Zgodnie z krążącym przesądem pogłaskanie psa po łepku przynosi szczęście.

Na rynku uwagę zwraca także pomnik Flisaka. Według kolejnej zasłyszanej toruńskiej legendy ( a więcej można posłuchać w Domu Legend Toruńskich przy ul. Szerokiej) w dawnych czasach pewna żebraczka sprowadziła do miasta plagę żab. Rada miejska bezradna na skalę plagi uchwaliła, że ten, któremu uda się wypędzić żaby z miasta otrzyma rękę córki wójta. Młody flisak Iwo pięknie grając na skrzypkach wyprowadził zauroczone jego grą żaby na przedmieścia Mokre – trochę wzorując się na niemieckim szczurołapie z Hameln.

Dla chcących obejrzeć Toruń z szerszej perspektywy polecam wdrapać się na wieżę ratuszową, ale podobno lepszy widok jest z wieży kościoła świętych Janów przede wszystkim, dlatego, że jest wyższa a ponadto znajduje się tu wspomniany dzwon Tuba Dei. Chciałyśmy skorzystać z tej możliwości, ale niestety wieża była zamknięta toteż zajęłyśmy się szukaniem ,, drzewa życia”, ale jak się później okazało było to w innym kościele. Moim oczom schowały się także stalle, o których przeczytałam w przewodniku, ale cóż niech to pozostanie toruńską tajemnicą. Znalazłyśmy natomiast pomnik ojca świętego, postawiony przed kościołem na pamiątkę wizyty w 1999 roku. Papieżowi z tej okazji podarowano unikalne pierniki, o czym opowiedziała nam pani przewodnik w Muzeum Dom Kopernika. Były one tylko raz wypieczone w specjalnie stworzonych na tę okazję formach, które od tej pory znajdują się zasobach muzealnych.

Gdy już tyle zwiedziłyśmy naszła nas ochota na przekąszenie sławetnych pierników. Wybór jest przeogromny, ale o tej porze nie wszystkie sklepy były jeszcze otwarte. Chciałyśmy kupić tylko odrobinkę i zjeść na miejscu, ale długość kolejki, jaka ustawiła się za nami zmotywowała nas do kupienia ilości hurtowych, aby już nie tracić czasu na ponowne stanie w wężyku. Chociaż to inhalowanie się zapachem pierników mogłoby znacznie uprzyjemnić czas spędzony w kolejce. Zdecydowanie się na konkretny rodzaj toruńskich specjałów było bardzo trudne, więc poprosiłyśmy o klika sztuk każdego rodzaju: od zwykłych z lukrem, po te w polewie czekoladowej, od nadziewanych adwokatem do tych ,, beznadziennych”. Samo oglądanie i podziwianie, jak panie ekspedientki krzątają się za ladą i pakują pachnące łakocie do torebek z Kopernikiem sprawiało nie małą radość i zachwyt nozdrzy.

Kolejną atrakcją, jaką miałyśmy ,,zaliczyć” było planetarium. W tym celu musiałyśmy cofnąć się przechodząc ponownie koło budynku, który bardzo nam się spodobał…więzienia. Na pierwszy rzut oka był to średniowieczny zamek, ale gdy się lepiej przypatrzeć dojrzy się drut kolczasty i zakryte stalowymi kratownicami okna. Może wizyta wewnątrz nie jest już taka ekscytująca, ale z zewnątrz robi wrażenie. W planetarium dały się we znaki tłumy turystów, którzy tak jak my wybrali Toruń jako miejsce na majowy odpoczynek. Gdy udało się dotrzeć do kasy okazało się, że najbliższy seans jest za około dwie godziny, więc będziemy tu po raz kolejny i znów miniemy ,,ulubione’’ więzienie.

W międzyczasie szukałyśmy zachowanych spichlerzy, które według mapy miały się gęsto ścielić, ale tak naprawdę znalazłyśmy tylko jeden przy ulicy Rabiańskiej, ale za to bardzo dobrze odrestaurowany. Idąc wzdłuż murów obronnych, które dotrwały do czasów obecnych wraz z licznymi basztami mijamy Krzywą Wieżę. I tu pojawia się kolejna toruńska legenda: Pewien Krzyżak o imieniu Hugon zakochał się w mieszczce Barbarze. Ta uciekając przed nim weszła na cienki lód na Wiśle i utonęła. Utonął też rumak Hugona, ale jemu udało się dopłynąć do brzegu. Zobowiązał się w akcie pokuty wybudować Krzywą Wieżę, która miała uosabiać jego skrzywiony charakter. Jakby teraz każdy mężczyzna o podobnym charakterze miał wznosić jakąś budowlę za karę, to niejedno miasto byłoby pełne takich atrakcji!

A o piernikach poczytasz w kolejnym poście już wkrótce!

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s