Podróż pachnąca piernikami – cz. II

Czas w Toruniu płynie przyjemnie, więc chwilę oddechu warto złapać na bulwarze filadelfijskim nad Wisłą. Ciekawe napisy na murach przyciągają turystów do robienia sobie zdjęć na ich tle. Trochę żartów, a nawet polityki można tam znaleźć. Pozaczepiały nas gołębie i wróbelki. Oddałyśmy im część naszych kanapek niczym stare emerytki w słoneczne przedpołudnie w parku. Lekki wiaterek wywiał nam troski z głów i z nową werwą ruszyłyśmy wzdłuż murów obronnych w stronę zamku krzyżackiego, a właściwie jego ruin. Ta ,,atrakcja” stanowiła niestety dla mnie największy zawód, jeśli chodzi o Toruń. Tym bardziej, że najlepiej zachowaną częścią było gdanisko, czyli część ustępowa! Oczywiście widziałam w przewodniku, co pozostało po średniowiecznej siedzibie potężnego zakonu, ale w głębi duszy marzyłam, aby zobaczyć coś na wzór zamku w Malborku. Dodatkowo pozostałości murów oszpecała oszklona dobudowa w nowoczesnym stylu zaadoptowana na kasyno. O tej porze zaczęło już przybywać turystów, którzy ochoczo ruszyli fotografować się na tle murów lub płynącej w dole Wisły. Tłumy przyciągał też urządzony na ten czas kiermasz z wyrobami regionalnymi oraz ,,pamiątkami” na wzór rycerski.

Spod zamku było już blisko na ul. Szeroką – swoisty deptak toruński z mnóstwem sklepów i okolicznościowych straganów. Na rogu ulicy Podmurnej natrafiłyśmy nawet na toruńskiego smoka i jego podobizny na pobliskim murze pałacu Fungera. Smok z Torunia nie jest tak straszny jak krakowski, który pożerał oprócz niewinnych dziewcząt także całe stada owiec. Ten jest miniaturowy, a więc nie wywołuje strachu, a wręcz lekkie rozbawienie.

Czas leciał nieubłaganie wśród kramików i ulicznych ,,zaczepiaczy’’ zachęcających do odwiedzenia. Niektórzy byli wręcz namolni, jak np. policjant, którzy przykuwał się kajdankami i lał pałą, dopóki nie zrobiłeś sobie z nimi zdjęcia. Było też coś dla młodszych: spongue bob i hello kitty ogromnych rozmiarów, które osobiście powodują u mnie chęć wyrządzenia im krzywdy.

I tak doszłyśmy znów na rynek, tutaj zaczęły się obchody święta 3-go Maja, a więc należało przemknąć się ukradkiem mniejszymi uliczkami. Zaszłyśmy do kościoła św. Ducha, który jest kościołem akademickim. Jednak ze względu na to, że strawił go niegdyś pożar nic ciekawego do podziwiania w nim nie znalazłyśmy, no może prócz drewnianej drogi krzyżowej oraz nowoczesnej, acz robiącej wrażenie kaplicy adoracyjnej.

Zbliżała się już godzina, na którą wykupiłyśmy bilety do planetarium, więc udałyśmy się na ul. Franciszkańską do Sali zwanej Geodium. W Internecie ta ekspozycja wydawała się bardzo ciekawą propozycją na spędzenie około godziny czasu, ale w rzeczywistości wydaje się, że największą atrakcję stanowiła dla małych dzieci, zwłaszcza tych jeszcze mało rozumiejących prawa jakimi rządzi się świat. Obracający się model ziemi ze zmieniającym się oświetleniem w ciągu dnia, żywa rekonstrukcja wulkanu, czy inne eksperymenty tłumaczące np. zjawiska przyciągania ziemskiego czy fatamorganę mogły spowodować, że oczy niejednego bobaska stawały się jak pięć złotych. Jednak dla dorosłych było to bardziej jak podróż w czasie do lekcji geografii w podstawówce, gdy trzeba było wykuć jak oblicza się czas na różnych szerokościach geograficznych, czy jakie są rodzaje skał na ziemi.

Na ul. Franiszkańskiej mieści się także Muzeum Podróżników, poświęcone życiu Toniego Halika, znanego torunianina. W zbiorach muzeum znajdują się pamiątki po zmarłym podróżniku: argentyński paszport, dowód osobisty i prawo jazdy, papiery żeglarskie, karty akredytacyjne.

Po lekkim rozczarowani planetarium ( nie umywa się nawet do stołecznego Centrum Nauki Kopernik ) nastawiłyśmy się na wypiekanie pierników. Niech, chociaż one nas zachwycą! Chciałyśmy nawet zaliczyć dwa muzea pierników, ale niestety w jednym był już komplet wykupionych miejsc, więc obeszłyśmy się smakiem. Jednak wizyta w Muzeum Dom Kopernika w pełni zaspokoiła moją nieodpartą pokusę na umorusanie się w cieście i poczucie się jak prawdziwy toruński piekarz. No może poza faktem, że pierniki te nie dały się w ogóle zjeść, gdyż były upieczone z ciasta ,,przemysłowego’’, ale i tak ich tworzenie stanowiło przyjemną atrakcję. Panie przewodniczki z Domu Kopernika były ubrane w ciekawe stroje nawiązujące do epoki średniowiecza i opowiadały z pasją nie tylko o tradycji wypiekania pierników, ale także wplatały małe anegdoty jak np. legenda o Katarzynie i Bogumile (od których wywodzi się najpopularniejsza forma pierników) czy też o historii najstarszych cechów w Toruniu zajmujących się wypiekiem pierników. Od dzieciństwa pierniki kojarzyły mi się z czymś słodkim i pięknie pachnącym, ale takie tradycyjne pierniki były bardziej korzenne i stanowiły zakąskę do mocnych trunków. Ich wypiekanie było wręcz zaszczytem. A składniki, w tym drogie przyprawy sprowadzano z najdalszych zakątków świata i były na wagę złota. Bazę stanowił oczywiście miód, woda i mąka, a ciasto mogło leżakować nawet kilkanaście lat, tak było trwałe. Prawdziwych walorów smakowych dostarczało jednak 9 przypraw: kardamon, cynamon, imbir, cytrynowiec, gałka muszkatołowa, anyż, goździki, kolendra i co ciekawe… pieprz. Gdy już obejrzałyśmy zachowane dawne formy do wypieku pierników, czy XIX wieczne etykiety z największych zakładów sprzedających toruńskie specjały, odebraliśmy wypieczone przez nas pierniki i udałyśmy się niespiesznie w kierunku Nowego Miasta.

Tu największą atrakcję stanowił dla nas pomnik gęślarki, która przycupnęła na ławce a z koszyka wypada jej złote jajko. Na jej widok przypomniała mi się kreskówka ,, Kot w butach”, gdzie jednym z bohaterów było zabawne jajko czarny charakter. Nieopodal ustawiono galerię pod chmurką z okazji 65-lecia filmu animowanego w Polsce. Oglądanie fragmentów dawnych bajek jak np. ,, Bolka i Lolka’’ było niczym podróż w czasy dzieciństwa.

Koło rynku zajrzałyśmy do kościoła św. Jakuba. To tu był szukany wcześniej przeze mnie krucyfiks drzewo życia, a kilkanaście metrów dalej kościół św. Katarzyny z najwyższą wieżą w Toruniu. Jego wnętrze znacznie różniło się stylem od pozostałych kościołów, coś pomiędzy greko katolickim a prawosławnym zdobnictwem z lekką nutką nowoczesności.

Niestety nasz pobyt zbliżał się ku końcowi. Pozostało nam zebrać siły i powlec się na dworzec. Minęłyśmy po drodze Muzeum Etnograficzne, niestety już zamknięte, ale robiły wrażenie zachowane w rustykalnym stylu wiejskie chaty kontrastujące z betonem ulic i przejeżdżającymi samochodami, jakby z kosmosu.

Drogę powrotną umilało nam podziwianie pól rzepaku i próby uchwycenia ich aparatem przez przybrudzoną szybę jadącego autokaru, a z toreb kusiły zapachem kupione pierniki – te już przeznaczone do zjedzenia.

DSC05956  DSC05895DSC05904 DSC05853 DSC05794DSC05839  DSC05970DSC00677DSC00685 DSC00681  DSC00670  DSC05965

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s