W pięć słów dookoła Budapesztu

Spotkałam się ostatnio z opinią, że o urodzie kobiety decyduje jej wewnętrzne piękno. Byłam wówczas w Budapeszcie, więc mimo woli przeniosłam to stwierdzenie  na to miasto i jego zwiedzanie. Bo właśnie w tym tkwi piękno tego miejsca. I choć można tu być kilkakrotnie za każdym razem urzeknie nas swoim pięknem i … czymś innym.

Chociaż język węgierski należy do jednych z najtrudniejszych na świecie to z łatwością nauczymy się pięciu najbardziej przydatnych słów, a resztę rozmowy będziemy musieli kontynuować po angielsku. Oto one:

Igem/Nem – Tak/Nie

Bocsanat/Koszonom które w skróconych wersjach wymawia się Boszi/Koszi-Przepraszam/Dziękuję

Egeszegedre – Na zdrowie, dla ułatwienia wymowa tego słowa przypomina angielskie zdanie:I guess she can drive 🙂

Ale wróćmy do zwiedzania. Prawie każde miasto wykorzystuje fakt, że leży nad rzeką. W tym bardzo dobrze odnalazł się i Budapeszt. Nad Duną ( jak nazywają Dunaj Madziarzy, a Danube po angielskojęzyczni)  zbudowane są bulwary, a w ciągu całej doby pływają tu statki wycieczkowe lub restauracje albo po prostu dryfują pływające hotele. Życie tętni nad wodą a Dunaj to oś miasta, wokół której wszystko się rozwija. To tu przychodzi się na romantyczne schadzki z kocykiem i winem pitym prosto z butelki. Jeśli nie na bulwarach, to można znaleźć miejsce do siedzenia nawet na pylonie mostu. Wszystkie mosty świecą w nocy dodając uroku widokom odbijając się w toniach Dunaju. A jest ich całkiem sporo i każdy w innym kolorze: zielony most Wolności, biały most Elżbiety, szaro-zielony most Łańcuchowy czy żółty most Małgorzaty i inne. To tu po obu brzegach jeżdżą stare tramwaje zapewniając doskonałe widoki nie tylko turystom. To tu bulwary zbudowane są na całej długości  miasta, a nie tylko na krótkim odcinku, jak w naszej stolicy. I wreszcie to tu dostojnie nad wodą góruje przepiękny budynek Parlamentu imponujących rozmiarów. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest bardziej okazały niż zamek cesarzowej Sissi wyrastający na sąsiednim brzegu. Szkoda, że Warszawa w porównaniu do Budapesztu wypada w tej kwestii dość blado. Ale ma jedną przewagę – mamy choć trochę miejskich plaż, mimo że stan wody pozostawia wiele do życzenia.

DSC02044

DSC02284

DSC02002

DSC01996

Gdy dokądś jadę zwykle to miejsce wita mnie mniej lub bardziej przyjemnym widokiem dworca lub lotniska. Tym razem nie było tak świetnie, gdy wysiadałam na dworcu Nepliget. Przejścia podziemne koło dworca bardziej przypominały  Warszawę-Zachodnią, było brudno, duszno i siedziały podejrzane typy, no ale nie wymagajmy za dużo, w końcu najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, a miasto zdąży mnie zauroczyć później. Duży plus, że od razu można wsiąść w metro. Co mnie zaskoczyło, to że od czasu powstania mojego przewodnika Węgrzy zdążyli wybudować nową linię metra. Jest najgłębiej położona i niestety najkrótsza, ale jak najbardziej nowoczesna. W ogóle to wiecie, że Budapeszt może pochwalić się najstarszym po londyńskim metrem w Europie? Nie trudno nie zauważyć żółtej linii z trochę klaustrofobicznymi wagonikami i stacjami wyłożonymi białymi i brązowymi lub zielonymi kafelkami. Rzeczywiście wyglądają nadal jak z dawnej epoki, bo przecież upłynął już cały wiek od ich powstania.

Najbliżej hostelu miałyśmy do Wielkiej Hali Targowej. Toteż byłyśmy tam kilkukrotnie podczas pobytu: raz aby przekąsić langosa, czyli tradycyjnego węgierskiego placka smażonego w oleju. Wybrałyśmy wersję na słodko, ale jak się potem dowiedziałyśmy od koleżanki Węgierki była to istna profanacja tej potrawy, bo ten tradycyjny powinno się jeść z na słono. Niemniej jednak zaspokoiłyśmy na długo głód po wielogodzinnej jeździe autokarem. Nie omieszkałyśmy rozejrzeć się po pamiątkach sprzedawanych na wielu kramach na drugim piętrze hali. Były tu bardzo ładne serwety i obrusy haftowane w ludowe wzory. Te motywy przenoszone są też na inne przedmioty w tym typowe pierdółki dla turystów. Z kolei na parterze hali można kupić warzywa – w tym obowiązkowo paprykę w różnych odmianach, różniących się wielkością, kolorem i ostrością. Nie zabrakło kiełbasy i kabanosów oraz węgierskiego alkoholu: tokaja – białego wina, palinki – owocowej wódki i unicuum – gorzkiego, ziołowego likieru.  Co ciekawe papryka oryginalnie pochodzi z Ameryki Południowej, a do diety Węgrów trafiła dzięki Turkom. Ceni się niczym czerwone złoto, a jej produkcja dochodzi do rzędu 50 tysięcy ton rocznie!

Nagy Vasarcsarnok jest największą i najstarszą halą w Budapeszcie. Metalowa konstrukcja typowa dla tego typu budynków w XIX wieku. Na pierwszy rzut oka przypominała mi te widziane w Barcelonie, ale jednak w swoim niepowtarzalnym klimacie, bo dach pokryty jest ceramiką Zsolnay co jest węgierskim przejawem secesji. A jak słyszę to słowo, to mam gęsią skórkę – to mój ulubiony okres w architekturze i malarstwie i ku mojemu zadowoleniu odnajduję w wielu miastach jej pozostałości. Ale wróćmy do hali, którego budynek zdobią liczby 1896, czyli rok wybudowania na pamiątkę tysiąclecia państwa. Data 896 rok to tak naprawdę najważniejsza data w całej historii Węgier, z której jego mieszkańcy są najbardziej dumni. Nie sposób jej zapomnieć i wryje nam się w pamięć podczas pobytu, bo będzie przypomniana jeszcze wiele razy. Oprócz wspomnianych charakterystycznych płytek, którymi wyłożony został dach hali ciekawostką jest także fakt, że miała ona własną kanalizację oraz nabrzeże, do którego mogły podpływać handlujące statki.

DSC02046

DSC01822

DSC02049

DSC01837

DSC01833

DSC01832

Zasiedziałyśmy się w hali, więc musiałyśmy śpieszyć się, aby załapać się na free walking tour, które ruszało spod Bazyliki św. Stefana.  Byłam już kiedyś na spacerze z przewodnikiem i bardzo mi się spodobała ta forma zwiedzania, ale było to w Warszawie i po polsku, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Gdy w końcu dotarłyśmy do umówionego punktu spotkania, to uzbierała się już dość liczna grupa chętnych na oprowadzanie. Najpierw dostałyśmy garść informacji o Bazylice i pochowanym w nim władcy. Tu na widok wiernych i turystów wystawiono zmumifikowaną dłoń pierwszego władcy Węgier i jednocześnie świętego – Stefana. To imię będzie się przewijać jeszcze kilkakrotnie przy zwiedzaniu Budapesztu. Z ciekawostek należy dodać, że w Bazylice pochowano też największego węgierskiego piłkarza Ferenca Puskasa. Węgrzy oprócz ze swoich bohaterów narodowych i państwowości są bardzo dumni ze swoich osiągnięć, a nawet z waluty, która mino dużej inflacji nie została zdenominowana. Dla ułatwienia przeliczania 300 HUF to koło 1 EUR. Wracając do Bazyliki, to należy dodać, że jest ona największą bazyliką na Węgrzech, na powierzchni ponad 4 tysięcy metrów kwadratowych mieści się 8,5 tysiąca wiernych!

Potem zatrzymaliśmy się przy pomniku policjanta. Do tradycji należy potarcie obiema rękoma dużego brzucha tego pomnika, tak na szczęście. Pomnik jest poniekąd symbolem panowania monarchii habsbursko-węgierskiej, kiedy w kraju na tyle dobrze się działo, że z tej prosperity była bardzo niska przestępczość toteż policjanci nie mieli zbytnio zajęcia, więc spędzali służbę na objadaniu się i z tego powodu przeważnie każdy był tłuściochem jak poniższa postać.

DSC01852

Później spacerowaliśmy brzegiem Dunaju po bulwarach, przez Most Łańcuchowy, stąd rzut oka na Pałac Królewski, w którym kiedyś mieszkała cesarzowa Sissi. Dowiedziałam się, że cesarzowa Elżbieta wolała nawet częściej mieszkać w zamku w Budapeszcie niż w swoim rodzimym Wiedniu. Poza tym nauczyła się w rok języka swoich poddanych, co jest nie lada wyczynem a ich losy nie były jej obojętne. Dzięki temu zachowali ją w swoich sercach, a pod jej pomnikiem koło mostu jej imienia leżą stale kwiaty. Z Pesztu widać w całej okazałości jej zamek – Palotę, a nawet schody, po których wchodziła Sissi po wyjściu ze statku zacumowanego u brzegu Dunaju. Na drugi brzeg przechodzimy mostem Łańcuchowym, który jest najstarszym mostem w Budapeszcie i zarazem najbardziej okazałym, a zbudował go Szkot na zlecenie hrabiego Szenchenyiego – jednego z największych bohaterów narodowych Węgier ( stąd nazwa mostu).  Przez długi czas był to jedyny most, którym można było dostać się z Pesztu do Budy, a przeprawa była płatna, nawet dla samego pomysłodawcy jego stworzenia. Obecnie Szechenyi lanchid to najczęściej pojawiający się motyw na zdjęciach z Budapesztu z posągami dwóch lwów po każdej stronie, a według plotek zapomniano im wykuć języków, ale lepiej tego nie sprawdzać samodzielnie, aby nie musieć być wyciąganym z toni Dunaju.

Gdy już wdrapiemy się na zamkowe wzgórze, choć nazwa może być myląca i jest nadana wręcz nad wyrost – a dla leniwych wersja z wjazdem kolejką szynową – to najciekawszym dla mnie widokiem jest kościół św. Macieja kolejny przykład budynku, gdzie wykorzystano ceramikę Zsolnay. Co ciekawe kościół ma kilka nazw. Najbardziej popularna Matyas templom- od imienia króla Macieja Korwina ( co w ich języku oznacza kruka, hmm czemu skojarzyło mi się z pewnym polskim politykiem?), który jest jego fundatorem i tu powiedział sakramentalne ,,tak” i to dwukrotnie! Ale oficjalnie kościół jest pod wezwaniem NMP, stąd też nazwa mariacki, ale nazywa się go również koronacyjnym.

Tuż obok znajduje się Baszta Rybacka jak zamek z bajki Disneya. Siedem jej neoromańskich wieżyczek to symbol siedmiu plemion madziarskich, które w IX wieku przybyły na tereny dzisiejszego państwa Węgier pod dowództwem księcia Arpada. Młode państwo węgierskie rozwijało się pod rządami dynastii Arpadów aż do inwazji tureckiej w 1241 roku. Tyle z historii. A skąd nazwa? Mieszkał tu rybak, a jego główną rolą przekazywaną dalej cechowi rybaków było bronienie białych schodów wiodących do kościoła Macieja. Na placu między kościołem a Halabastya natkniemy się na pomnik władcy na koniu. Oczywiście to nikt inny jak pierwszy władca Węgier – święty Stefan!

Wyjrzyjmy przez jedno z okien na drugi brzeg. Zauważymy ogromny kontrast między Budą a Pesztem- jedna strona miasta jest wysoka, górzysta i zielona a druga charakteryzuje się płaską zabudową z dwoma najwyższymi punktami: Bazyliką i Parlamentem. I tu ciekawostka od przewodnika: to nie przypadek, każdy budynek powstawał z zachowaniem maksymalnej wysokości nie przekraczającej 96 metrów.  Hmm nie przypomina wam to czegoś? Oczywiście jest to końcówka z daty 896 r. kiedy datuje się przybycie Madziarów i początek państwa węgierskiego. Trzeba przyznać, że budapeszteńczycy ( bardzo trudne słowo, a rodzaj żeński jeszcze bardziej!) są w tym bardzo konsekwentni. Z kolei spoglądając z pesztańskiego brzegu Dunaju ma się wrażenie, że wzgórze zamkowe to najwyższe wzniesienie Budy, za którym się nic nie kryje, ale gdy się wdrapiemy na jego ,,szczyt” – lub wjedziemy kolejką Siklo, to mile się zaskoczymy, bo przecież jeszcze tyle miasta rozpościera się aż po horyzont.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s