W mieście nad Duną

Poprawna nazwa mieszkańców stolicy Węgier to dla niektórych prawdziwa łamigłówka. Oczywiście możemy ominąć używanie tych jakże łamiących język wyrazów, ale że ,,Polacy nie gęsi i swój język mają” wypadałoby wiedzieć, że nad Dunajem ( lub Duną jak nazywają swoją rzekę Węgrzy) mieszkają budapeszteńczycy i budapesztenki.

Skoro to już wiemy, to podążajmy dalej. Po zejściu z wzgórz zamkowych Budy i przekroczeniu mostu Łańcuchowego dotrzemy do najdroższego hotelu w Budapeszcie – Gresham Palace. Nie proponuję Wam jednak wykupienia tutaj swojego noclegu, bo raczej z ciężkim sercem byłoby wydać nawet 3 tysiące EUR za jedną noc, ale w zamian zachęcam do odwiedzenia chociaż holu tego budynku. Na szczęście mile przyjmują tu nawet turystów. Jest na czym oko zawiesić a piękne wnętrza z drogimi detalami mogą zawrócić w głowie, chociaż pierwotnie funkcje noclegowe nie były przeznaczeniem tego miejsca. Secesyjny budynek z początku ubiegłego wieku należał do londyńskiej spółki ubezpieczeniowej.  A swoją nazwę zawdzięcza założycielowi londyńskiej giełdy – Thomasowi Greshamowi, którego studenci studiów ekonomicznych mogą bardziej kojarzyć ze słowami: ,, pieniądz lepszy jest wypierany przez gorszy”.  A gdy lepiej przyjrzymy się fasadzie budynku dojrzymy na jej szczycie popiersie autora powyższego prawa.

Doskonałym miejscem na dalszą część spaceru będzie Vaci utca – ulica zdominowana pięknymi kamienicami oraz sklepikami z pamiątkami. W spacerze nie przeszkodzi szum ulicznego ruchu, gdyż jest tu zakaz wjazdu. Nieopodal stacji metra Ferenciek Tere natrafimy na Paris Udvar – pasaż Paryski. Choć jego ozdobne wnętrza nie przypominają już dawnych lat świetności i raczej stał się ofiarą dewastacji i grubej warstwy kurzu to warto zajrzeć w jego wnętrza i pooglądać drewnianą konstrukcję stworzoną z koronkarską precyzją. Przekraczając jego progi poczułam się trochę jak na planie jakiegoś horroru mimo że pora była dość wczesna. Zapach kurzu i dawnej historii dobiegał z zakątków. Przemykając między wybitymi szybami żal mi było, że nie mogę ujrzeć tych wnętrz w nieco lepszej odsłonie sprzed lat.

Na wieczorny spacer pozostańmy w okolicach bulwarów nad Dunajem. Zacznijmy od Mostu Wolności na którego zielone pylony bez trudu można wejść. To też niezła miejscówka na romantyczną randkę z widokiem na wodę. Stąd widać statuę wolności górującą nad wzgórzem Gellerta. Ten nieoficjalny symbol miasta przedstawiający kobietę trzymająca nad głową liść palmowy pochodzi z 1947 roku i miał symbolizować sowieckie wyzwolenie Budapesztu. Był pierwotnie otoczony przez pomniki żołnierzy radzieckich, które usunięto na początku dwudziestego wieku. Dalej możemy kontynuować podróż tramwajem numer 2, którego trasa prowadzi nad samymi bulwarami. Dużo frajdy dawało mi robienie zdjęć w czasie, gdy tramwaj zatrzymywał się na przystankach. Wszystkie obiekty są bardzo dobrze oświetlone, a zwłaszcza zjawiskowy Parlament. Na tyle jest jasno w jego okolicy, że zlatują się tu całe chmary owadów, a te z kolei przyciągają stada ptaków, które dzięki temu mają niezłą ucztę.

Orszaghaz to miejsce posiedzeń węgierskich parlamentarzystów od 1906 roku. Jak dotąd wiedzie prym w swojej okazałości na tle innych europejskich ( i może nie tylko) budynków tego przeznaczenia. Jak dla mnie najlepszy obiekt do fotografowania w Budapeszcie. Zachwyca swoimi prawie 300 metrami długości. Obok Bazyliki Św. Stefana jedyny tak wysoki budynek w Peszcie. Oczywiście nie innej wysokości niż 96 metrów. O symbolice tej cyfry pisałam poprzednio i po raz kolejny się powtarza jej wykorzystanie w tym mieście. Zwiedzanie dla obywateli Unii Europejskiej było bezpłatne przy wcześniejszej rezerwacji, jednak w tym roku zmieniły się zasady zwiedzania i jesteśmy zmuszeni wykupić normalny bilet. Dostęp jest niestety tylko do kliku sal obrad, bo nie można zapominać, że na co dzień pracują tu tęgie głowy nad przyszłością losów narodu węgierskiego. Najokazalsze zbiory skrywa Sala Kopułowa, gdzie znajdują się insygnia władzy królewskie w tym największy skarb Węgier: korona pierwszego władcy.

Nie należy zapomnieć o pozostałościach secesji w mieście. A jest dość sporo tego okazów. To głównie za sprawą Odona Lechnera, odpowiednika hiszpańskiego Gaudiego, który do szalonego stylu przełomu wieku dodał ornamenty typowo węgierskie i perskie bazując na płytkach Zsolnay. Szczególnie dużo przykładów secesji odnajdziemy w dzielnicy Belvaros i Lipotvaros. Są to m.in. Muzeum Sztuki Stosowanej ( Iparmuveszeti), Węgierska Królewska Pocztowa Kasa Oszczędnościowa, kawiarnie, detale fasad kamienic, hoteli, term.

Co warto jeszcze zwiedzić w Budapeszcie? Jeśli interesujecie się kulturą żydowską, to nie lada gratką będzie wizyta w dzielnicy Zsido Negyed, gdzie mieszkają wciąż przedstawiciele ortodoksyjnej społeczności. Na terenie dwóch przecznic od Kazinczy utca można napotkać ok. 3 tysięcy osób tego wyznania. Jednak najokazalszym zabytkiem związanym z kulturą jidysz jest Nagy Zsinagoga – największa w Europie synagoga, a druga na świecie po tej znajdującej się w Nowym Yorku. Jeśli chcemy zwiedzić wnętrza tej trzynawowej świątyni mogącej pomieścić ok. 3 tysięcy wiernych, to musimy uzbroić się w cierpliwość, stanąć w długiej kolejce i przejść kontrolę bezpieczeństwa prawie jak na lotnisku. Jednak jeśli nie chcemy płacić srogo za bilet wstępu to możemy zajść od tyłu synagogi wówczas przez ogrodzenie zobaczymy pomnik Drzewo Życia, na którego liściach wyryto nazwiska ofiar holokaustu na Węgrzech. Obok znajdują się nagrobki z cmentarzy oraz tablice ku pamięci pomordowanych podczas II wojny światowej.

Jeśli wsiądziemy w najstarszą żółtą linię metra i dojedziemy prawie na koniec północnego jej krańca, to znajdziemy się na obszarze nazywanym Varosliget, co po naszemu znaczy Lasek Miejski. To jeden z największych obszarów zielonych stolicy Węgier. Tu złapiemy trochę oddechu od gwaru pędzącego miasta. Usiądziemy na jednej z wielu ławeczek pomalowanych w różne wzory.  Barcelona ma ławeczkę Gaudiego, a w Budapeszcie jest ławeczka Rubika – tego od kostki oczywiście.  Sporej wielkości oczko wodne z fontanną znajdujące się nie daleko zoo i wesołego miasteczka w zimie zmienia się w wielkie lodowisko. Na tym terenie odbywały się milenijne obchody 1896 roku, po których pozostał zamek Vajdahunyad. Ten budynek łączący w sobie wiele stylów architektonicznych to kopia zamku z Siedmiogrodu. Wierna replika na tyle spodobała się podczas sześciomiesięcznych obchodów uroczystości tysiąclecia państwa węgierskiego, że postanowiono zostawić ją na stałe po zakończeniu wystawy. Jak dla mnie przypomina trochę zamki z filmów o wampirach. Ma się wrażenie, że z okien wylecą na nas nietoperze, a drzwi otworzy nie kto inny jak hrabia Dracula.

Poruszając się w stronę Andrassy utca ( o której nieco później) dojdziemy do placu Bohaterów. To kolejny pomnik z okazji węgierskiego millenium. I tu ponownie pomnik pierwszego króla Węgier i kolejnych trzynastu jego następców. Na środku placu na kolumnie dojrzymy posąg archanioła Gabriela, który w rękach dzierży koronę i krzyż, a przed nim na koniach siedmiu wodzów madziarskich plemion z księciem Arpadem na czele. Nieco z przodu Grób Nieznanego Żołnierza w trochę uboższej wersji. Plac jest na tyle rozległy, że jest wręcz doskonałym miejscem, aby doszlifować swoje umiejętności jazdy na rolkach bądź deskorolce i mimo rzeszy turystów zapaleńcy znajdą tu miejsce dla siebie. Jednak uwaga plac otacza rondo i jest tu duży ruch uliczny. Z dwóch stron plac Bohaterów znajdują się muzea sztuk pięknych. Niestety jedno z nich, na którym nota bene najbardziej mi zależało, bo zawiera malarstwo m.in. El Greca jest obecnie w remoncie aż do 2018 roku!

Jeśli pogoda nie dopisuje to czas umyli nam pobyt w termach. W Budapeszcie – jedynej stolicy na świecie jednocześnie o statusie miasta uzdrowiska – mamy do dyspozycji aż sześć tego typu obiektów. Najcieplejszą wodę znajdziemy w Szechenyi Gyogyfurdo. Źródła, które je zasilają mają temperaturę 75 stopni, ale są schładzane do ok. 40 stopni Celsjusza. Przejście kilkunastu basenów z wodami leczącymi różnego rodzaju schorzenia i dolegliwości zajmie dobrych parę godzin. Na końcu możemy zażyć kąpieli w dwóch wielkich basenach na otwartej przestrzeni. Jeśli wciąż mamy siłę na pływanie rekreacyjne, to możemy popływać w basenie sportowym o największej głębokości, ale należy zaopatrzyć się w czepek kąpielowy. Należy również pamiętać, że na niektóre termy kobiety mają dostęp tylko w wybrane dni, ale w weekendy przeważnie wstęp jest dla wszystkich. Kupujemy bilet całodniowy za dość sporą kwotę około 4 tysięcy HUF, ale uwierzcie mi nie miałam ochoty opuszczać tego miejsca nawet po 5 godzinach spędzonych w wodzie. Jest to też niezłe zbiegowisko różnych narodowości, a prawdziwą osobliwością są weekendowe imprezy z DJ – połączenie pływania i dyskoteki. Co najfajniejsze to to, że można korzystać z term także zimą, co może być tym bardziej ciekawe.

Po takim dniu pełnym atrakcji wracamy Andrassy utca, ulicą która została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tą dwu i pół kilometrową aleję, której nazwę zmieniano siedmiokrotnie otaczają ją z obu stron platany. Po drodze będziemy mijać liczne kawiarnie, z których słynął kiedyś Budapeszt, Operę, muzeum Ferenca Liszta czy muzeum Terror Haza – dla turystów o mocnych nerwach, którzy odważą się stać jednym z przesłuchiwanych przez nazistowską lub sowiecką policję.

Ciekawym obiektem jest także fontanna, która otwiera się dla przechodniów. Można ją znaleźć na placu Szabadsag ter. Gdy staniemy przed nią na klika sekund wiązka strumieni stopniowo zmniejszy się, aż będziemy mogli wejść do jej wnętrza. Wyjście również na tej samej zasadzie. Można ją porównać do otwierającego się portalu w czasie jak z filmu science fiction. Niezły ubaw nie tylko dla dzieci.

Jeśli starczy Wam czasu zajrzyjcie też na wyspę św. Małgorzaty. Tą zamkniętą dla ruchu ulicznego zieloną enklawę uwielbiają tutejsi mieszkańcy. Są tu głównie tereny rekreacyjne. Wieczorem zostańmy na pokaz fontanny.

Po tak intensywnym dniu należy spożyć coś typowo węgierskiego, np. leczo, czy gulasz, który nie jest tym, czego możemy spodziewać się po tej nazwie. Węgrzy jadają go w formie zupy z dużą ilością papryki. Ale uwaga gulasz gulaszowi nie równy. Przed powrotem wypadałoby jeszcze sprawdzić, czy nie kłamie przysłowie: Polak Węgier dwa bratanki… Można to zrobić przy lampce Tokaja w jednym z ruin pubów, które napotkamy w tzw. party zone w Peszcie lub jednej z ponad tysiąca restauracji. Niebagatelna liczba? W końcu Budapeszt odwiedza rocznie ok. 2,5 mln turystów, więc gdzieś muszą się podziać.

A na koniec ciekawostka geograficzna. Czy wiesz, że Buda to naprawdę nie lewy ale prawy brzeg Dunaju i analogicznie Peszt to lewa a nie prawa strona miasta mimo że na mapie tak to wygląda? Ponieważ Dunaj w Budapeszcie płynie w dół, znaczy na południe! I wszystko jasne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s